Tak wspomina tą debatę w swojej książce „Zadymiarz” Alfred Miodowicz

Samochodem do telewizji 30 listopada pojechałem zupełnie sam, bez kierowcy, bez asysty. Było bardzo ciemno, mokro, ul. Woronicza jak zawsze, rozkopana. Musiałem krążyć. Na miejscu byłem 10 minut przed programem, obfotografowany przez gromady reporterów różnej maści. Wałęsa przyjechał niemal „na styk”, ze swoim sekretarzem, Krzysztofem Puszem. W małym pokoiku na zapleczu przywitaliśmy się, było trochę grzecznościowej wymiany zdań - będą nas pudrować czy nie? Nie chcieliśmy. Poszliśmy do studia, w którym gdzieś za kotarą był podobno ukryty red. Passent z "Polityki”. Po debacie, w tym samym pokoiku prezesa, musieliśmy chwilę poczekać na dwie takie same taśmy wideo z naszej rozmowy. Sam prezes nam je uroczyście wręczył. Wałęsa był już odprężony, ale narzekał, że jest strasznie zakatarzony - że mógł lepiej wypaść. „Ale – stwierdził - pierwsze śliwki robaczywki. Zobaczymy co z tego wyjdzie”. Na wizji uzgodniliśmy termin kolejnego spotkania w tv na żywo - ekspertów obu stron do spraw ekonomii - szefem naszej ekipy miał być prof. Kaleta. Po paru spotkaniach zastanowimy się, w jakiej formie legalizować owe 273 komitety założycielskie „S” w zakładach.