„Mamy dużo więcej obowiązków w pracy i w domu”. „Musimy częściej wybierać między życiem rodzinnym a zawodowym”. „Pracujemy w nocy”. „Nie miałyśmy z kim zostawić dziecka, a pracodawca nie chciał zgodzić się na pracę zdalną”. „Walczyłyśmy z szefem, który ustalał 12-godzinne zmiany”. Tak o sytuacji kobiet w czasie pandemii mówiły, bazując na własnym doświadczeniu, członkinie Komisji Kobiet OPZZ.

Biuro prasowe OPZZ

Komisja Kobiet przy OPZZ powstała w 2002 r. i od tamtego czasu działa na rzecz równouprawnienia kobiet w miejscu pracy. 30 czerwca członkinie Komisji podsumowały sytuację kobiet na rynku pracy w czasie pandemii. Jak relacjonowała wiceprzewodnicząca OPZZ Barbara Popielarz, o ile już wcześniej ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia, o tyle pandemia tylko ją pogorszyła.

- Kobiety częściej niż mężczyźni musiały rezygnować z pracy, by opiekować się dziećmi lub ciężko chorymi członkami rodziny. Bardzo dużo kobiet pracowało też w sklepach, szkołach czy przedszkolach, a więc w miejscach, w których w czasie pandemii bardzo łatwo można było się zarazić. Z drugiej strony wiele pań pracowało w gastronomii, hotelarstwie czy branży beauty, czyli tam, gdzie najwięcej osób traciło pracę - wyliczała.

Fatalny wpływ epidemii COVID-19 na sytuację kobiet potwierdzają statystyki. Według raportu Deloitte 86 proc. Polek pracujących w pełnym lub prawie pełnym etacie w różnych branżach ocenia, że zmiany wywołane koronawirusem miały negatywny wpływ na ich samopoczucie psychiczne, a 79 proc. deklaruje, że także na fizyczne. Trzy na cztery Polki (74 proc.) wyraziło obawę o dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.

„Musimy wybierać: praca albo dom”

Prawdziwość przedstawionych w badaniu danych potwierdzały członkinie Komisji Kobiet, opowiadając o swoich własnych doświadczeniach.

- Zaobserwowałam w naszym środowisku coś takiego, że niby cieszymy się, że jesteśmy w domu, a z drugiej strony mamy dyskomfort, że nie wszystko da się w tym domu zrobić. Bo na przykład nie mamy dostępu do wszystkich systemów, zainstalowanych na komputerach w pracy – mówiła Krystyna Sokół ze Związku Zawodowego Służby Celnej.


– Mamy też więcej obowiązków, zarówno w pracy, jak i w domu. I często musimy wybierać: co jest ważniejsze, czy praca, czy domowe obowiązki. W rezultacie często w dzień zajmujemy się dziećmi i domem, a do zaległych spraw z pracy zasiadamy w nocy – wyliczała.

Z kolei Wiesława Licha, przewodnicząca Federacji NSZZ Przemysłu Lekkiego mówiła, że sytuacja w ba rynku odzieżowym i tekstylnym jest już „tak zła, że pracodawcy zaczynają zwalniać pracowników”. – A to branża silnie sfeminizowana, większość pracownic to kobiety. Wiele z nich jest już w takim wieku, że może mieć problemy ze znalezieniem pracy – mówiła.

„Pracodawca kazał nam pracować po 12 godzin”

Silnie sfeminizowana jest też branża apteczna. Dorota Brzozowska, przewodnicząca związków zawodowych w firmie Cefarm Białystok, zajmującej się sprzedażą leków, relacjonowała, że pracodawca niemal od razu po wybuchu pandemii w Polsce dokonał zwolnień grupowych, likwidując jeden z oddziałów w Gdańsku.

- Pracodawca wydłużył też czas pracy, każąc nam pracować po 12 godzin. Nawet Państwowa Inspekcja Pracy stwierdziła, że nie mógł sam podjąć takich działań – relacjonowała.

Elżbieta Drogosz, przewodnicząca Rady OPZZ Województwa Świętokrzyskiego i jednocześnie przedstawicielka branży oświaty, mówiła o problemach nauczycieli, którym z dnia na dzień kazano prowadzić pracę zdalną bez zapewnienia należytych warunków.

- Brakowało sprzętu, dostępu do internetu, same płaciłyśmy za prąd czy wodę. Na początku niejedna z nas pracowała po 12 godzin dziennie, żeby przygotować się do zdalnego nauczania. Jednocześnie sporo dzieci wypadło nam w ogóle z systemu, nie logowały się, nie było z nimi kontaktu.

Urząd pracy w Warszawie nie stwarza warunków do pracy

Joanna Halczewska na wstępie zaznaczyła, że „reprezentuje budżetówkę, warszawski urząd pracy, czyli instytucję, która powinna świecić przykładem w zapewnieniu godnych warunków pracy”.

- Niestety, najciemniej pod latarnią – gorzko stwierdziła. I dodała, że pracodawca zgodził się na pracę zdalną dopiero wówczas, gdy pracownicy masowo zaczęli podlegać kwarantannie, izolacji i brać wolne na opiekę nad dzieckiem. Pracodawca nie zapewnił przy tym urzędniczkom sprzętu służbowego – musieli pracować na prywatnych komputerach i korzystać z domowego internetu.

- Gdy na samym początku pandemii jako zakładowa organizacja związkowa zwróciliśmy się do pracodawcy z prośbą o pracę zdalną, dyrekcja zasugerowała, że nasze działania sabotują pracę urzędu i można je podciągnąć pod art. 52 [rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia z winy pracownika – red.]. Wnioskowaliśmy o zabezpieczenie miejsca pracy choćby pleksą, bo proces rejestracji to nie jest minuta rozmowy, tylko pół godziny. Zamiast pleksi dostawiono nam tylko dodatkowy stolik, żeby zwiększyć dystans – wyliczała Halczewska.


- Czegoś tu nie rozumiem. Instytucja, która powinna pomagać pracownikom w innych zakładach pracy, zachowuje się wobec swoich pracowników karygodnie – dziwiła się przewodnicząca Komisji Kobiet Wiesława Taranowska.

Minister pracy Jarosław Gowin wyrzuca ludzi na bruk

Z kolei Czesława Sońta, przewodnicząca Związku Zawodowego Poligrafów, nagłośniła sprawę likwidacji Zakładu Wydawniczo-Poligraficznego w Warszawie, wchodzącego w skład Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. Po restrukturyzacji rządu i przejęcia zarządu nad drukarnią przez Jarosława Gowina pierwszym zarządzeniem nowego ministra była decyzja o likwidacji działającej od niemal 50 lat drukarni. Odbyło się to przy tym ze złamaniem kodeksu pracy i ustawy o związkach zawodowych.

- Pracują tam 23 osoby, w tym 14 kobiet. Średnia wieku to 54 lata, niektóre z pracownic przepracowały w tej drukarni całe życie. Rynek poligraficzny nie wchłonie ich wszystkich. Wiele kobiet jest pod opieką lekarzy psychologów, dwie pod opieką psychiatrów, świat dosłownie wali im się na głowę. Bardzo dużo pomaga nam OPZZ, biuro prasowe nagłaśnia sprawę, wystosowaliśmy list do premiera Morawieckiego. Będziemy walczyć – zapowiada Sońta.

(mo)