We wtorek „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst wiceprzewodniczącego OPZZ Piotra Ostrowskiego, poświęcony płacy minimalnej. Dziś publikujemy go na naszej stronie.

Rząd zaproponował płacę minimalną na 2022 r. w wysokości 3 tys. zł. To stanowczo zbyt mało, aby myśleć o szybkim i zrównoważonym wychodzeniu z kryzysu spowodowanego pandemią COVID-19 - pisze Piotr Ostrowski, wiceprzewodniczący OPZZ.

Piotr Ostrowski, wiceprzewodniczący OPZZ

Dodatkowo rząd planuje zamrożenie płac w budżetówce oraz jest przeciwny unijnym propozycjom na rzecz wzmocnienia płac minimalnych w Europie oraz układów zbiorowych pracy. To kolejne złe sygnały nie tylko dla pracowników, ale także dla całej gospodarki. Ostrożnościowe myślenie o płacach, i to już nie tylko o płacach minimalnych – oraz tempie ich wzrostu – może być niebezpieczne.

Dwa tysiące na rękę

Płace w Polsce należą do jednych z najniższych w Unii Europejskiej. Aż ponad 21 proc. osób zatrudnionych zarabia mniej niż 2 tys. zł miesięcznie netto. To trzeci najgorszy wynik wśród krajów OECD. Pracownik w Polsce jest prawie trzy razy tańszy, niż wynosi średnia w Unii Europejskiej. Koszt pracy pracownika w Polsce w 2020 r. (11 euro na godzinę) kształtuje się na poziomie niższym niż unijna średnia (28,5 euro).

Wydaje się, że okres wychodzenia z pandemii nie jest najlepszym czasem na podnoszenie płac. Nic bardziej mylnego.

To konsumpcja prywatna, wspierana odbudową optymizmu konsumentów, ma być w najbliższych latach głównym motorem wzrostu gospodarczego. Jednak aby tak się stało, pracownicy potrzebują pewności na rynku pracy, także ekonomicznej. Perspektywa wzrostu płac, także tych najmniej zarabiających, to byłby krok we właściwym kierunku. Zwłaszcza że prognozy makroekonomiczne przedstawione w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2021-2024 są dość optymistyczne i dają podstawy do ambitnego wzrostu płac. Zachowawczość i ostrożność mogą spowodować, że wychodzenie z kryzysu potrwa w Polsce dłużej.

Po latach dość solidnych wzrostów płac minimalnych wydaje się, że w tym roku rząd wyraźnie przestraszył się własnego sukcesu. Z jednej strony zaledwie symbolicznie proponuje podnieść płace minimalne w 2022 roku, bo o 15,30 zł ponad ustawowe minimum. Z drugiej prognozuje spadek realnego wzrostu płac od 2023 roku. Jak to się ma do oparcia wzrostu gospodarczego o konsumpcję prywatną? Trudno powiedzieć. Wyraźnie widać brak logiki w działaniach i planach rządu.

Do tego dochodzi już kompletnie niezrozumiała zapowiedź zamrożenia wskaźnika wzrostu płac w państwowej sferze budżetowej, czyli – tak naprawdę, biorąc pod uwagę inflację – spadek płac realnych dla ponad pół miliona pracowników budżetówki. Będą wśród nich m.in. pracownicy Państwowej Inspekcji Sanitarnej, a zatem ci, którzy w największym stopniu odpowiadali za walkę z pandemią koronawirusa. Tak zdaje się dziękować rząd Zjednoczonej Prawicy za ich wysiłki oraz ciężką, odpowiedzialną i niebezpieczną pracę w czasie pandemii. To naprawdę zły sygnał dla pracowników sanepidów, pokazujący tylko, jak szybko można zapomnieć o tych, którzy odpowiadali za ratowanie życia milionów obywateli.

KPO potrzebuje sprawnej administracji

Dodatkowo w marcu i w kwietniu szeroko komentowano prace nad Krajowym Planem Odbudowy, dokumentem kluczowym dla skorzystania z ok. 250 mld zł dla Polski z unijnego Funduszu Odbudowy. Zamrażając płace w państwowej sferze budżetowej rząd w niewielkim stopniu zdaje sobie chyba jednak sprawę, że dla sprawnej absorbcji tych środków potrzebujemy sprawnej administracji. Spadek płac realnych w administracji to nie jest z pewnością dobry czynnik, motywujący pracowników do sprawnego zarządzania miliardami z Unii Europejskiej. W tym przypadku jak w soczewce widać brak wyobraźni i długofalowego myślenia strategicznego u przedstawicieli rządu.

Rząd lubi chwalić się strategiami interwencyjnymi uruchamianymi w trakcie pandemii (tzw. tarcze antykryzysowe). Analiza niedawno opublikowanego sprawozdania z wykonania budżetu państwa na rok 2020 pozwala na chłodno przyjrzeć się efektom tych interwencji. Okazuje się, że wsparcie państwa nie było ukierunkowane dla osób o najniższych dochodach. W czasie pandemii dysproporcje dochodowe nie tylko się nie zmniejszyły, ale się zwiększyły. Przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny osób najbogatszych był prawie sześć razy wyższy od analogicznego dochodu najbiedniejszych. W 2019 r. był blisko pięciokrotnie wyższy. Oznacza to wzrost dysproporcji pomiędzy osobami najbogatszymi i najbiedniejszymi.

Udział wydatków w dochodzie rozporządzalnym w grupie osób najbogatszych wyniósł 52 proc., a w grupie osób o najniższych dochodach 126 proc. Oznacza to wzrost korzystania z oszczędności lub pożyczek (z 112 proc. w 2019 r.). Zróżnicowanie dochodów na osobę w gospodarstwach domowych dobrze odzwierciedla współczynnikiem Giniego. Solidny wzrost płac minimalnych byłby dobrą interwencją na rzecz odwrócenia powyższych tendencji.

Płace minimalne to jednak nie wszystko. Polska potrzebuje wzrostu płac jako takich.

Najlepszym mechanizmem wzrostu płac są układy zbiorowe pracy, czyli porozumienia między związkami zawodowymi a pracodawcami. To one pozwalają na elastyczność, na kompromisowe pogodzenie kondycji przedsiębiorstwa z oczekiwaniami pracowników, reprezentowanymi przez związki zawodowe.

W Europie Zachodniej to właśnie układy zbiorowe pracy (głównie branżowe) stanowią trzon tamtejszych relacji pracodawca – pracownicy. Poziom objęcia układami zbiorowymi w Polsce jest jednak zatrważająco niski. Według badań dublińskiej Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Życia i Pracy (Eurofound) Polska jest na szarym końcu Europy, jeśli chodzi o poziom demokracji przemysłowej. Obecnie w Parlamencie Europejskimi procedowany jest projekt dyrektywy w sprawie adekwatnych wynagrodzeń minimalnych w Unii Europejskiej. Daje on nadzieję zmiany na lepsze. Przepisy dyrektywy mają zachęcać kraje członkowskie do opracowywania, wraz z partnerami społecznymi, Krajowego Planu Działania na rzecz wzmocnienia rokowań zbiorowych. Niestety, rząd polski jest przeciwny tym rozwiązaniom.